Wpisy    Autorka    Rejestracja   
RSS blog   RSS komentarze  







Miałam niewiarygodne szczęście trafić do dobrego gimnazjum: do klasy, w której spora część uczniów była takimi czy innymi geekami i po raz pierwszy w życiu nie byłam wykluczona z życia społecznego z powodu zainteresowań, zdolności czy szeroko pojętej inności. Nasi nauczyciele też prezentowali różny, ale generalnie jednak względnie wysoki poziom - przynajmniej w kontekście polskiego systemu szkolnictwa, #upadekedu i tak dalej.
Do dziś najlepiej ze wszystkich wspominam naszą polonistkę z tego okresu, panią K. która była straszna i wszyscy się jej bali, bo zadawała pytania, na które nie znaliśmy odpowiedzi. Bo nie było do nich klucza, a rozwiązań nie dało się znaleźć w książkach; bo w przeciwieństwie do wszystkich innych nauczycieli, z którymi mieliśmy wcześniej do czynienia, spodziewała się po nas myślenia i inicjatywy. To było przerażające.

Pamiętam straszne chwile ciszy, gdy stawało się boleśnie jasne, że nikt w klasie nie ma pojęcia, jaka jest poprawna odpowiedź na pytanie, co poeta czy pisarz mógł mieć na myśli. I co z tego wynika. I - jak już któraś Asia, Basia czy Kasia coś wymyśliła sensownego, to wreszcie - dlaczego właśnie tak myślimy. Pani K. uczyła nas, byśmy mieli własne zdanie i odwagę, by je wyrażać. A jak już to zrobimy, to byśmy potrafili spojrzeć krytycznie na własne opinie i przekonania, zastanowić się skąd się one biorą i czy naprawdę, naprawdę się z nimi zgadzamy.

Kiedy już się tego nauczyliśmy, pokochaliśmy intelektualne wyzwania, które pani K. nam stawiała. Aż pewnego dnia, pod koniec trzeciej klasy, zaproponowała zamiast książki omawianie na lekcjach filmu. Było nim "Dead Poets Society" - film o dorastaniu do samodzielności i niezależności. O szukaniu prawdziwego siebie, czasem na przekór cudzym oczekiwaniom. O wyborach, których trzeba dokonać samemu. Wreszcie - o tym, by szanować cudze decyzje i pozwolić nawet najbliższym żyć po swojemu.
Mieliśmy wtedy może po piętnaście lat i perspektywę wyboru szkoły średniej, studiów, kariery. To był ten straszny moment, kiedy musieliśmy podejmować decyzje pod presją rodziców i szkoły, kiedy sami nie do końca wiedzieliśmy czego chcemy. Ale dzięki pani K. zrozumieliśmy, że decyzja należy, musi należeć do nas, że niezależność oznacza odpowiedzialność. I że niezależność jest tego warta. Nauczyliśmy się myśleć za siebie; nie było już odwrotu. Nie wiem, czy byłabym tym kim jestem, tu gdzie jestem, gdyby nie ten film, i najważniejsze na świecie lekcje z samodzielnego myślenia i wiary we własne możliwości i wartość swojego stylu życia, takiego jaki jest, jaki wybrałam; cokolwiek myślą na ten temat inni.

Dlatego nie fanowałam nigdy Robina Williamsa za wszystkie komedie, choć nie wątpię że wielu osobom przyniosły bardzo dużo bardzo potrzebnego dobra. Nawet nie za "Good Will Hunting", choć to też fantastyczny film, ale cóż - całkiem kradną go Damon, Affleck i Minnie Driver. Nie; dla mnie najważniejszą postacią Williamsa zawsze będzie John Keating. I to, jak wielu z nas zainspirował, by wejść na szkolne ławki i powiedzieć: "Oh captain, my captain".
_________________________
Autor: Nólanis
Kiedy: 2014-08-12, wtorek
Tagi:  ruchomeobrazki



Boni avatar Boni
Tue, 12 Aug 2014 20:59:11
Komentarz obok.. A za "niefanowanie" genialnym komediom, wydziedziczę...

Nólanis avatar Nólanis
Wed, 13 Aug 2014 01:57:31
Oj wiesz, o co mi chodzi. Nie, że nie lubię i niefanuję, tylko że akurat nie za to najbardziej. A komentarz obok tak słuszny, jak zaskakujący; wzruszyłam się.




Engine: Anvil 0.70   BS 2012-2017